Liam Rosenior wziął udział w konferencji prasowej po spotkaniu z Arsenalem.
Czy miałeś wrażenie, że plan na mecz został zrealizowany bardzo dobrze, niemal perfekcyjnie?
– W ciągu ostatnich kilku dni mieliśmy naprawdę dużo problemów, dziś rano były problemy z kilkoma testami sprawnościowymi. Normalnie podaję skład dzień wcześniej, ale tym razem zrobiłem to dopiero po południu, kiedy miałem pełne informacje, kto jest dostępny. Muszę oddać zawodnikom ogromne uznanie. Nasz terminarz był niesamowicie wymagający. A mimo to pokazali energię, walkę i ducha zespołu. Niestety zabrakło nam jakości w kluczowych momentach. W drugiej połowie wiele razy dochodziliśmy do strefy pod polem karnym, do tej „ostatniej czwórki”, ale nie potrafiliśmy wykorzystać tych sytuacji.
Czy możesz powiedzieć coś o urazach i dostępności zawodników?
– Pedro [Neto] i Reece [James] mieli drobne urazy. Po prostu byli dziś w zbyt dużym bólu, żeby zagrać. Dają z siebie wszystko i zawsze zgłaszają gotowość do gry. Reece jest niesamowitym kapitanem i liderem. Wiem też, że Pedro to świetny profesjonalista i znakomity piłkarz. Jeśli chodzi o Estevao [Williana], muszę powiedzieć jedno: 18-latek, który przechodził coś bardzo osobistego, poleciał do Brazylii i wrócił w ciągu dwóch dni tylko po to, żeby móc zagrać w tym meczu – to mówi wszystko o charakterze i duchu, jakiego chcę w tej drużynie. A Cole [Palmer] dał nam niesamowity 90-minutowy występ – to on był powodem, dla którego wróciliśmy do meczu z West Hamem. Musimy o niego dbać. To klejnot. Musimy o niego zadbać i sprawić, żeby był gotowy na cały sezon. Ale gdy dziś wszedł, jego momenty były najwyższej klasy. Podsumowując: jesteśmy rozczarowani, że nie przeszliśmy dalej przeciwko bardzo, bardzo dobrej drużynie, ale nie możemy pozwolić, by ta porażka wpłynęła na naszą przyszłość.
Miałeś w karierze wiele wzlotów i upadków. Gdzie to rozczarowanie plasuje się na tej skali, gdy już opadnie kurz, zważywszy na to, jak blisko byliście?
– Byłem już pytany o to, gdzie takie momenty „plasują się” w mojej karierze. Jestem potwornie rozczarowany za każdym razem, gdy przegrywam mecz. Zawsze. Gdy wygrywam – jestem szczęśliwy, gdy przegrywam – nie jestem. Nie jestem zadowolony, że przegraliśmy. Są elementy dzisiejszego występu, z których jestem bardzo zadowolony, ale jestem tu razem z drużyną. Widzieliście, jak zdruzgotani byli chłopcy po meczu za to, ile włożyli w ten występ. Wierzyliśmy, że możemy tu przyjechać i odwrócić losy rywalizacji. Pod względem kontroli i dominacji w drugiej połowie były momenty, w których czułem, że to jest dla nas. Po prostu tego nie wykorzystaliśmy. To nie jest kwestia miejsca w mojej karierze. Boli, ale musimy bardzo szybko iść dalej, bo za trzy dni gramy kolejny mecz.
Wracając do samego planu meczowego – jaki on był? Wyglądało na to, że chcieliście zagrać ostrożnie, a potem wprowadziliście Palmera i Estevao i gra się otworzyła. Czy to było założenie?
– Dokładnie tak. Sam to widziałeś. Grając na wyjeździe możesz pressować na całym boisku, naciskać jeden do jednego i albo prowadzisz 2:0, albo przegrywasz 0:2. Czułem, że aspekt psychologiczny dwumeczu był bardzo ważny, było to też wyczuwalne na stadionie. Po 60 minutach wprowadzam Cole’a i Estevao, gra się otwiera, mamy momenty w okolicach pola karnego. Myślę, że na trybunach pojawiło się poczucie, że ten dwumecz może się odwrócić. Nie osiągnęliśmy tego, czego chcieliśmy, ale ostatecznie nie chodzi o plany, tylko o wyniki. Muszę bardzo pochwalić zawodników za to, co dali z siebie. Ich gol padł w momencie, gdy my rzuciliśmy na boisko absolutnie wszystko. Takie rzeczy się zdarzają, ale musimy wyciągnąć z tego pozytywy. Jesteśmy tu po to, by osiągać wyniki.
Wspomniałeś o późnych testach sprawnościowych. Czy to wpłynęło na zmianę systemu gry, czy tylko na dobór zawodników?
– Dostępność zawodników zawsze wpływa na system. System rywala, twoja forma fizyczna, intensywność, jaką wkładasz w mecze – wszystko ma znaczenie. Przeciwko West Hamowi biegaliśmy do 97. minuty, próbując wrócić z 0:2. Emocje związane z Napoli – to wszystko bierzesz pod uwagę, żeby dać sobie jak największą szansę na wygranie meczu. Niestety dziś się nie udało, ale to, co zawodnicy mi pokazali – i to jest naprawdę budujące – to fakt, że potrafią się szybko adaptować taktycznie i elastycznie. To mnie bardzo zachęca, bo lubię pracować w różnych systemach.
Czy większą frustracją nie jest jednak to, jak wyglądał pierwszy mecz u siebie?
– W pierwszym meczu mieliśmy wirusa grypy. To nie jest wymówka, to fakt. Mieliśmy grypę i musieliśmy zmieniać skład w dniu meczu. Ja byłem wtedy w klubie cztery dni. Dla mnie frustracją jest to, że nie awansowaliśmy. Jeśli porównać poziom organizacji od tamtego meczu do teraz – kontrolę gry, grę na połowie rywala – widać wyraźną różnicę. Jestem bardzo, bardzo zadowolony z kierunku, w jakim idą nasze występy, nawet jeśli wynik dziś nie był taki, jakiego chcieliśmy.
Pojawia się krytyka ze strony telewizyjnych ekspertów, że w pierwszej połowie nie atakowaliście wystarczająco mocno. Czy przyjmujesz to do wiadomości?
– Sam byłem ekspertem w telewizji. To jest łatwe. Łatwe z perspektywy czasu. Bo jeśli zaatakuję od początku, wysoko zapressuję i stracimy dwie bramki, wszyscy powiedzą: „co on robi?”. Taka jest rzeczywistość mojej pracy. Jeśli przegrywasz – jesteś krytykowany. Jeśli wygrywasz – jesteś geniuszem. A prawda zazwyczaj leży gdzieś pośrodku.
Czy widzisz dużą różnicę w porównaniu do pierwszego meczu i czy czujesz, że zaczynasz łapać fundamenty swojej Chelsea?
– Myślę, że wszyscy to widzą. Ty też, dlatego zadałeś to pytanie. To jest bardzo budujące. Oczywiście przegrana to nie jest to, czego chcieliśmy. Jestem tu mniej niż miesiąc, a w tym czasie rozegraliśmy osiem meczów. Dla zawodników – po pierwsze – samo to, że prezentują taki poziom, pokazują naukę, a do tego ducha zespołu, jedność i walkę, to są bardzo pozytywne sygnały. Teraz muszę zobaczyć, jak zareagujemy na niepowodzenie. Musimy zareagować pozytywnie. W sobotę gramy trudny mecz na wyjeździe z Wolves i chcę zobaczyć, jaka będzie nasza odpowiedź.



