Model Romana Abramowicza był daleki od ideału, ale miał jedną kluczową zaletę -przyciągał trenerów z absolutnego topu. Nawet jeśli szkoleniowcy wiedzieli, że jeden słabszy miesiąc może kosztować ich posadę, mieli poczucie realnej władzy sportowej, jasnej odpowiedzialności i konkretnego celu: natychmiastowych wyników. Ryzyko było duże, ale nagroda również.
Model BlueCo wygląda zupełnie inaczej. Ostatnich czterech trenerów Chelsea wliczając w to Franka Lamparda zatrudniono częściowo dlatego, że byli gotowi pracować w ramach odgórnie narzuconej struktury i strategii, którą właściciele uznali za uniwersalną. Klub miał świadomość, że taki model nie będzie pasował każdemu, dlatego celował w szkoleniowców skłonnych do kompromisów i współpracy z rozbudowaną hierarchią decyzyjną.
Pojawia się jednak fundamentalne pytanie: co mówi o tym systemie fakt, że nawet tak spokojni i wyważeni trenerzy jak Graham Potter, Frank Lampard czy Mauricio Pochettino opuszczali Chelsea sfrustrowani? A teraz podobny los spotkał Enzo Marescę, który wraz z klubową hierarchią doprowadził relacje do punktu krytycznego.
Wokół odejścia Maresci szybko rozpoczęła się walka o narrację. Pojawiły się liczne przecieki, wzajemne oskarżenia, sprzeczne wersje wydarzeń i próby kontrolowania przekazu medialnego. To schemat dobrze znany z ostatnich lat na Stamford Bridge.
Całość rodzi poważne wątpliwości, czy problemem Chelsea są wyłącznie trenerzy, czy może sam model zarządzania, który zamiast stabilizować klub regularnie prowadzi do napięć, chaosu i kolejnych rozczarowań.



