Rozpędzony pociąg Enzo Marecki na kilka dni przed wigilią podejmował na wyjeździe Everton, który przegrał zaledwie jeden mecz w ostatnich pięciu. Oto przebieg zdarzeń i wypunktowanie najważniejszych momentów z tego starcia:

Pierwsza połowa spotkania rozpoczęła się bez zaskoczenia. Premierowe okazje przyszły dla The Blues już po kilku minutach od rozpoczęcia. Niemniej jednak nic wielkiego nie wyniknęło z tych szans i dopiero w 26 minucie mieliśmy dogodną sytuację Londyńczyków. Po świetnym rajdzie Pedro Neto prawą flanką Portugalczyk obsłużył Palmera, który doskonale zagrał piłkę w pole karne, gdzie koncertowo zmarnował ją Jackson. Stworzona okazja przez gości napędziła ich i już po chwili mogli znowu wyjść na prowadzenie. Kolejny raz w roli głównej Nico i na nieszczęście dla sympatyków The Blues wciąż wynik był niezmienny.

Po kilku niezłych akcjach Chelsea w końcu do głosu doszli gospodarzy. Po fenomenalnym zagraniu w środku pola jednego z pomocników z piłką popędził Doucoure i bardzo groźnym strzałem na długi słupek zmusił Sancheza do wysiłku. Tym akcentem zakończyła się bardzo bezbarwna, nudna i ciężka dla oka połowa.

Drugie 45 minut nie zapowiadało się arcyciekawie, ale na szczęście już po kilku chwilach pozytywnie się zaskoczyliśmy. Obie ekipy zdecydowanie porywczej i agresywniej ruszyły do ataku. Pierwszą sytuację stworzyli sobie tym razem gospodarze i znów wykazać musiał się hiszpański golkiper. Sanchez stanął na wysokości zadania i perfekcyjnie wybronił strzał Harrisona. Mecz niczym w pierwszej połowie znów ucichł na ponad kwadrans i dopiero w 65 minucie Chelsea znalazła się bardzo blisko bramki Jordana Pickforda. Niestety, Cole Palmer po wywalczeniu samotnie rzutu wolnego oddał piłkę Fernandezowi, który załadował w mur.

Gra obu zespołów była bardzo mozolna, a więc obaj szkoleniowcy zdecydowali się na zmiany. Od razu po wprowadzeniu świeżej krwi na boisko Everton miał najlepszą okazję na otworzenie wyniku, ale cudowną interwencją popisał się Tosin. Wydawałoby się, że mimo słabej gry bramka wisi w powietrzu.

Ostatnie 15 minut bezapelacyjnie należało do Evertonu. Niesieni trybunami gospodarze nieustannie atakowali, ale nie zdołali wyszarpać trzech punktów. Fatalny mecz, fatalne ofensywy i zasłużony podział punktów.