Home / Felieton / Panie Courtois, odejść też trzeba umieć

Panie Courtois, odejść też trzeba umieć

Niegdyś zawód piłkarza był dość stabilny i niezmienny jeśli chodzi o miejsce pracy. Gracz związywał się z klubem minimum na kilka lat, a często na całą karierę. Poznawał klub i otoczenie od podszewki, kibice skandowali jego imię, będąc wdzięczni za wierność i poświęcenie dla klubu. Dlaczego miałby w takim przypadku zmieniać otoczenie?

Żyjemy jednak w zupełnie innych czasach. Kilkuletni pobyt w jednym zespole nie oznacza wcale, że piłkarz pozostanie w drużynie do końca kariery. W zasadzie może opuścić klub już w najbliższym okienku. Kibice są już przyzwyczajeni do odejścia nawet największych gwiazd.

Powodów jest wiele. Każdy jest dobry, by uciec do miejsca, w którym chce się pracować. Thibaut Courtois, niesławny bohater letniego okienka transferowego, zrealizował swoje marzenie. Trafił do wielkiego Realu Madryt, który ostatnimi czasy rządzi i dzieli w Europie. Ale że piłkarz to też człowiek, miał niezwykle silną motywację do przeprowadzki do stolicy Hiszpanii – chciał częściej widzieć swoje dzieci.

Piłka nigdy nie będzie najważniejszym aspektem życia człowieka, bo najistotniejsza jest rodzina. Rozumiem w takim przypadku, dlaczego Belg tak naciskał na transfer. Mógł jednak pozostawić po sobie lepsze wrażenie, a nie zszargać swoją reputację, próbując się w dodatku wybronić sprzecznymi zdaniami.

To Chelsea zawdzięcza wypłynięcie na głębokie wody futbolu. To londyński klub wypatrzył go, gdy ten jako młodzieniaszek grał dla Genk. Logiczne było, że nie wygra natychmiast rywalizacji z legendarnym Petrem Cechem. Udał się na wypożyczenie do Atletico Madryt, kolejnego zespołu, któremu mógłby dziękować w nieskończoność.

Courtoisowi spodobało się niezwykle na ówczesnym Vincente Calderon. Stał się ważnym elementem drużyny, która awansowała do finału Ligi Mistrzów. Golkiperem ze światowego topu. Odmienne zdanie miał wówczas o sąsiednim Realu, którego nie omieszkał obrażać.

Wkrótce jednak wrócił na Stamford Bridge, by zostać numerem jeden w bramce. Dwukrotnie triumfował w Premier League, choć nie udało mu się zwyciężyć w europejskich pucharach. Real brał go w tym czasie pod uwagę, gdyż wciąż nie pokładano nadziei w Keylorze Navasie. Thibautowi schlebiało to zainteresowanie.

Szanowany przez kibiców Atletico i Chelsea, postanowił postąpić w sposób, którym zwrócił przeciwko sobie obie grupy. Przy takim zachowaniu ciężko uwierzyć w stwierdzenie, że kocha londyński klub. Na prezentacji, już w królewskich barwach, pocałował herb zespołu. Policzek dla sąsiadów z Wanda Metropolitano, bez których nigdy nie znalazłby się tam, gdzie obecnie jest.

Belg na tym nie poprzestał. W wywiadach podkreślał, że spełnia w ten sposób swoje marzenie i zawsze doceniał atmosferę Santiago Bernabeu, nawet grając dla Atletico. Tutaj kibic Rojiblancos mógłby wstać i wyjść, by nie podnosić sobie ciśnienia.

Oliwy do ognia dolał również fanom The Blues. Stwierdzenie, że w zespole Królewskim panuje większa jakość niż na Stamford Bridge jest niby oczywiste, w końcu mówimy o zwycięzcy Ligi Mistrzów, ale są pewne fakty, o których po prostu nie wypada mówić. Wszyscy nietrzymający głów w chmurach wiedzą, która drużyna jest lepsza. Tak samo zgodne z prawdą jest stwierdzenie, na stadionie Chelsea patrząc w górę Thibaut mógł widzieć hotel, a na Santiago Bernabeu “ścianę kibiców”. W końcu madrycki stadion ma prawie dwa razy więcej miejsc.

Takimi zdaniami wbija jednak szpilki klubom, dzięki którym trafił do Realu. Niewdzięczność to jednak powszechna cecha, szczególnie w futbolu, gdzie piłkarzom wielkie pieniądze i sława przychodzą za łatwo. Belg jednak nie przejąłby się moimi słowami, gdyby je przeczytał, będzie pisał swoją historię w Madrycie, nawet w nienawiści innych fanów, którzy niegdyś go szanowali. A czasem wystarczy pomyśleć, zanim coś się powie. Nie bez powodu mówi się, że milczenie jest złotem.

Ranking meczu

O autorze: Kamil Selwuch

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o